Wracam do domu na piechotę, ciesząc się dopiero co wschodzącym słońcem i tym niesamowitym spokojem, który zastać można jedynie przed piątą nad ranem. Sandałki na koturnie zwisają z mojej dłoni, spódniczka jest krzywo naciągnięta, włosy mokre i poczochrane, a bluzka lepi się do mojego mokrego ciała. Nie przeszkadza mi to, bo uwielbiam chodzić na boso i z mokrymi włosami. Czuję się wtedy naturalniej, bardziej sobą.
Po pół godzinie wspinam się po drewnianych i skrzypiących schodach kamienicy. Na drugim piętrze schylam się do donicy z fikusem, by wyciągnąć stamtąd klucz. Otwieram zamek czerwonych drzwi malowanych w złote ryby, wodorosty, bąbelki powietrza i, oczywiście, syreny. Otwieram drzwi jak najciszej, niewiedząc czy Sarah śpi i czy w ogóle wróciła do domu. Skradam się na palcach i spoglądam do salonu, gdzie zastaję rozwaloną na kanapie współlokatorkę. Uśmiecham się na ten widok, gdyż ostra laska jaką jest moja najlepsza przyjaciółka, teraz wygląda tak niesamowicie bezbronnie i niewinnie.
Zostawiam ją śpiącą w salonie i na palcach wspinam się po kolejnych drewnianych schodach, by dostać sie na poddasze, na którym mieszczą się nasze sypialnie.
Mieszkanie z Sarah to genialne rozwiązenie z kilku powodów. Najważniejsze jest to, że jest straszną pedantką więc zawsze jest czysto i to, że ma samochód więc wszędzie mnie wozi. No i spędzanie czasu 24 godziny na dobę z najlepszą przyjaciółką przez siedem dni w tygodniu sprawia, że twoje życie staje się niesamowicie piękne.
Mijam białe, dębowe drzwi z gałką i wkraczam do swojego pokoju. Całe wnętrze naszego mieszkania jest pomalowane w różnych odcieniach niebieskiego, zielonego i ma w sobie dużo bieli i światła. Moja sypialnia nie odbiega od tego szablonu. Zrzucam z siebie wszystkie ubrania i pozwalam im spaść bezładnie na białą wykładzinę. Rozglądam się po podłodze w poszukiwaniu czegoś wygodnego, w czym mogłabym spędzić ten dzień. Moją uwagę przykuwa bawełniana błękitna sukienka z dużym wycięciem na plecach. Biorę ją w dłoń i nago schodzę na dół do łazienki. W domu nie ma nikogo prócz Sarah, która śpi. Nawet gdyby nie spała, to przecież kąpałyśmy się razem jako bobasy i znamy całe życie - nie ma rzeczy, której by o mnie nie wiedziała, choćby nawet tego jak wyglądam nago.
Szybko weszłam do łazienki i puściłam gorącą wodę. Pozwoliłam strugom ciepła przyjemnie rozgrzać moje plecy, ale myśl o ogromnym rachunku za wodę szybko wykurzyła mnie spod prysznica. Nie kłopotałam sie makijażem czy czesaniem włosów. Pozwoliłam moim blond lokom ułożyć się tak, jak same tego chciały. Makijażu używałam tylko wychodząc na imprezy więc zostawiłam swoje błękitne oczy bez żadnych kresek czy tuszu. Wsunęłam na siebie błętkiną sukienkę do połowy ud z odkrytymi plecami i przejrzałam w lustrze. Uznałam, że wystarczą jeszcze obcasy i makijaż i będzie to doskonały strój na dzisiejszy wieczór. Nie kłopotałam się zakładaniem bielizny, gdyż do tej sukienki i tak nie mogłabym założyć stanika, a majtki... cóż, bez nich po prostu czuję się wygodniej.
Już przebrana weszłam do kuchni i rozejrzałam się po wnętrzu lodówki, której stan mnie rozczarował. Była prawie pusta. No tak, Sarah... Zapomniałam, że moja siostra po udanym seksie zawsze czuje potrzebę aby się nawpychać. Jak o tym myśle, to już od dawna nie miałam żadnego dobrego numerka. Zawsze tylko się pożywiam i rzadko kiedy czerpię z tego jakąś przyjemność. Może pora to zmienić?
Chwyciłam ze stoliczka w korytarzu portfel, nie zaprzątając sobie głowy tym do kogo należy, bo i tak było nam to obojętne, i zbiegłam na bosaka na ulicę. Przekroczyłam jezdnię i zajrzałam do sklepu naprzeciwko. Starszy pan, prawdopodobnie nielegalny meksykanin, który był właścielem i sprzedawcą, otwierał sklep skoro świt i zamykał go z zachodem słońca, więc byłam pewna, że będzie już otwarte. W końcu było już wpół do siódmej.
Wybrałam świerze bułki, kilka rodzajów ryb w puszcze i byłam w trakcie wybierania owoców, gdy poczułam zapach bardzo aromatycznej krwi. Odwróciłam się i zobaczyłam jak do sklepu wchodzi ciemnowłosy przystojniak o ciemniejszej karnacji. Pomimo słabego jeszcze o tej porze słońca miał na sobie okulary przeciwsłoneczne. W dodatku ja byłam tylko w cienkiej sukience i było mi bardzo ciepło, jak przystało na kalifornijski koniec czerwca, a on miał na sobie czarna skórę. Uznałam, że to pewnie motocyklista i starałam się nie myśleć, o tym jak dobrze on pachnie. Wybrałam jabłka i gruszki i podeszłam do kasy.
Krótka pogawędka z miłym meksykaninem, wymiana należności i i zmierzałam do wyjścia. Oczywiście jak każda syrena mam ogromną słabość do ryb i wszelkich owoców morza, dlatego hasło "promocja na mrożone krewetki" skutecznie przykuło moją uwagę i sprawiło, że wpadłam prosto na klatkę piersiową przystojnego bruneta.
Niby nic takiego, ale on mnie objął w talii, jak gdybym miała się przewrócić czy cokolwiek. Halo! Nie jestem jedną z tych słabiutkich dziewczynek z filmów i książek, które od byle popchnięcia i niewyspania przewracają się, potykają i trzeba je nosić jak księżniczki.
Pomimo jego okularów poczułam jak się we mnie wgapia. Odepchnęłam go ręką, rzuciłam wrogie spojrzenie i wyszłam ze sklepu.
Będąc już w mieszkaniu napchałam się makrelą z majonezem, wyszorowałam zęby i wyszłam do pracy jednocześnie starając się nie budzić Sarah, która wciąż chichutko chrapała na kanapie.
Pracowałam w kawiarni "The sweetest" jakieś dziesięć minut piechotą od domu. Tym razem jednak założyłam buty. Postawiłam na wygodę więc wsunęłam na stopy białe balerinki, do których dobrałam białą torebkę z dwoma uchami.
Dotarłam do pracy idealnie na czas, ale i tak dostałam burę od szefa. Był bardzo wymagający, ale dało się to znieść. Największym plusem tego miejsca było to, że wszyscy pracownicy i większa część klientów była syrenami lub też trytonami. Szef był moim wujkiem i od czasu do czasu spotykałam tu mamę.
Właściwie odkąd osiągnęłam pełnoletniość to nasz kontakt osłabł, ale u nas było to raczej normalne, więc nie przejmowałam się tym zbytnio. Dzięki takiej ilości przyjaciół jaką oferowała mi praca tutaj nie czułam się samotna no i zawsze miałam Sarah.
Po wysluchaniu wykładu na temat tego, że powinnam zawsze przychodzić przed czasem, aby pomóc ze wszystkim, zaczęłam polerować szklanki i pomogłam mojemu współpracownikowi, Mike'owi, z lodówką do lodów, którą musieliśmy przepchnąć na zewnątrz kawiarenki.
Mike'a zawsze wyróżniały kolorowe pasemka, ale dziś całe jego włosy były niebieskie.
- Niezłe włosy. - pochwaliłam, gdy skończyliśmy szarpać się z lodówką.
- Dzięki. Jeśli chcesz to mogę ci też pofarbować. - zaproponował.
- Nie, dzięki, nie widzę siebie w niebieskich włosach. - u niego może to wyglądać fajnie, ale, naprawdę, lubię moje włosy takimi jakie są.
- Może chociaż końcówki? - kontynuował.
- Pomyśle, ale raczej nie, okej? - zaczynał mnie irytować. Ludzie, syreny, trytony, nieważne, większość z nich naprawdę działała mi na nerwy.
Nie chcąc robić sceny, ani psuć sobie humoru nadgorliwością niektórych osób, wróciłam za ladę, bo lada moment mieli zjawić się pierwsi klienci.
Moja zmiana dobiegała końca i przyszła moja zmienniczka, Lilly, poczekałam, aż się przebierze na zapleczu w firmowy fartuszek i czapeczkę. Gdy przyszła już w uniformie odstąpiłam jej swoje miejsce za ladą i sama poszłam na zaplecze, by zostawić tam firmowe ubranko. Złożyłam je w kostkę i ułożyłam na mojej półeczce w szafce dla pracowników, kiedy poczułam coś dziwnego. Nazwałabym to przeczuciem lub intuicją.
Nieco zaniepokojona weszłam do głównej sali kawiarenki, gdyż nie chciałam wychodzić tylnym wyjściem. Gdy tylko tam przyszłam, od razu dowiedziałam co jest nie tak. To ten zapach. Wszystkie syreny i trytony umilkły i zwróciły uwagę na nowych klientów. Dwóch przystojnych facetów, blondyna i szatyna w loczkach, w ciemnych okularach i w czarnych skórach weszło niczym bohaterowie westernu. Chciało mi się śmiać na ten widok, ale nikomu innemu nie było do śmiechu. Zauważyłam porozumiewawcze spojrzenie jakie przesłała sobie ta dwójka, po czym odwrócili się i wyszli, jakby przestraszeni i skołowani. Gwar rozmów stopniowo powracał.
Pożegnałam się ze współpracownikami i opuściłam kawiarenkę. Wracając do domu wyciągnęłam z torebki paczkę i odpaliłam papierosa. Niejednokrotnie słyszałam od ludzi, by rzucić palenie, że takiej ładnej dziewczynie to nie przystoi, ale syrenom nie szkodzą tego typu ludzkie używki, ani nie uzależniają nas. Jesteśmy o wiele silniejsi od ludzi i o wiele bardziej od nich odporni, ale długość naszego życia nie wykracza wiele ponad normalną długość życia przeciętnego człowieka. Mimo to nie martwimy się o takie pierdoły jak rodzina czy dobra praca, żyjemy jakby wolniej, spokojniej niż ludzie, więcej się bawimy.
To mi przypomniało o planach na dzisiejszą imprezę.
Nie umawialiśmy się z blondynem na żadną konkretną godzinę więc uznałam, że mam jeszcze sporo czasu. Kiedy wróciłam do domu położyłam się na kanapie, którą wcześniej okupowała Sarah i przymknęłam powieki.
Mojej przyjaciółki nie było nigdzie w zasięgu wzroku, ale słyszałam brzdęki jej gitary i jej cudowny głos. Melodia kołysała mnie i powoli prowadziła, dopóki nie zasnęłam.
Było tak ciemno, że nie byłam w stanie dostrzec swoich dłoni, które trzymałam przed twarzą. Nie widziałam kompletnie nic. Nic nie słyszałam, i nie czułam żadnych zapachów. Jedynym zmysłem jaki mi pozostał był dotyk. Czułam że jestem bosa, nie, raczej naga. Stałam w jakimś korytarzu, do kolan w czarnej wodzie.
Jako syrena nie powinnam się bać wody, jednak w tym zimnym i ciemnym miejscu wszystko było przerażające.
Nagle zdałam sobie sprawę, że jest to jaskinia, a jej ściany są śliskie, wilgotne i niepokojąco blisko siebie, ledwo się między nimi mieściłam.
Chciałam się stamtąd wydostać, próbowałam uderzać ściany, wspinać się, przeszłam kilka kroków w przód, ale za bardzo bałam się iść dalej, więc zawróciłam, choć i tak nie robiło to różnicy. Bałam się zanurkować. Zaczęłam panikować, brakło mi powietrza. Złapałam się za gardło i usiadłam w wodzie, opierając się plecami o jedną ze ścianą, a nogami zapierając o drugą, i głęboko oddychając. Zamknęłam oczy, pomimo idealnej ciemności i uspokojałam oddech.
Tchnięta przeczuciem otworzyłam oczy i zobaczyłam jak nie wydając nawet najcichszego dźwięku biała ćma unosi się tuż przede mną. Jej skrzydełka porusząją się w zwolnionym tempie, wygląda jakby zawieszona w czasie i przestrzeni, jakby czekała na mnie.
Nim ta myśl wybrzmiewa w mojej głowie ćma odlatuje kawałek i zatrzymuje się. Wiem, że na mnie czeka. Podążam za nią.
Z każdym krokiem czuję jak rośnie między nami więź, łącząca nas nić. Gdy dochodzimy do szerszego korytarza, gdzie woda sięga mojego podbrzusza, jesteśmy już niemal przyjaciółkami.
Ten nowy korytarz jest o wiele szerszy, czuć w nim lekki przeciąg i rozświetla go blask tysięcy kolorowych nocnych motyli.
Za każdym z przewodników ktoś podąża, jest tu dość tłoczno. Mimo to wciąż z łatwością podążam za moją białą przewodniczką. Wygląda ona jak z koronki utkanej z pajęczej nici, jest tak delikatna i tak niesamowicie piękna
Nie zderzam się z nikim, choć widzę, że inni to robią. Przyspieszam, przestaję się bać. Czuję jak w moim wnętrzu strach ustępuje ekscytacji. Nie wiem gdzie prowadzi mnie ćma, ale nie mogę się doczekać aż tam dotrę. Zaczynam sie uśmiechać.
Wkraczamy w nowy korytarz, zamiast podążać za tłumem drogą, którą nazwałam Główną Aleją. Ściany znowu się do siebie zbliżają, ale nie ulegam złudzeniom i nie dostaję ataku paniki.
W pewnym momencie mój Przewodnik zatrzymuje się przed skalnym ustępem. Dzięki naszej więzi doskonale rozumiem co zwierzę ma na myśli. Wślizguje się w uskok i nagle czuję senność. Przymykam powieki i ...
- Cloe, obudź się! Zaraz wychodzimy, złotko! - poczułam jak Sarah brutalnie mną potrząsa, wyrywając mnie ze snu.
- Biała ćma... - mamroczę do siebie.
- Co? - pyta zdziwiona blondynka.
- Nic takiego.
- Cokolwiek, nieważne. - Sarah porzuca temat. - Szykuj się, zaraz ruszamy do "Malibu". - mówi mi przez ramię, idąc w stronę łazienki.
- Nie idziemy do "Malibu". - informuję ją z przebiegłym uśmieszkiem. Sarah zatrzymuje się i odwraca w moją stronę. Gdy tylko jej wzrok napotyka mój uśmiech, ona też automatycznie się uśmiecha w podobny sposób już mniej więcej wiedząc o co mi chodzi. Zna mnie jak nikt inny.
- Prowadzisz? - pyta mnie już znając odpowiedź. Kiwam w odpowiedzi głową.
Sarah znika w łazience, a ja wbiegam po schodach do swojej sypialni. Wyszukuję w szafie białe szpilki z ćwiekami na platformie i sięgam po kosmetyczkę.
Po piętnastu minutach Sarah opuszcza łazienkę, a ja mam już zrobione smoky eye i usta pomalowane czerwoną szminką. Wchodzę do łazienki dosłownie na minutkę, tylko po to by poczochrać włosy w artystyczny nieład i utrwalić je dwoma psiknięciami lakieru do włosów.
- Gotowa na niespodziankę? - pytam zaczepnie siostrę.
- Jak nigdy! - entuzjastycznie odparła Sarah.
Siedząc już w samochodzie zaczynamy wymieniać się informacjami o tym jak spędziłyśmy dzień. Oczywiście, opowiedam Sarah o dziwnym incydencie, który miał miejsce w "The sweetest".
- Dziwne... Mówisz, że wszyscy się na nich gapili ukradkiem, a oni się spłoszyli? - pyta mnie siostra na co kiwam potakująco głową. Z zamyślenia wyrywa ją fakt, iż parkuję pod klubem "Bloody Rose".
Wysiadamy z samochodu i kierujemy się do wejścia. W tym klubie nie jesteśmy tak dobrze znane, bo bywamy tu stosunkowo rzadko, pomimo, iż to nasze drugie ulubione miejsce.
Będąc już w środku krzyczę Sarah do ucha:
- Umówiłam się z kimś. Tu się rozdzielamy, bierzesz auto. - wręczam jej do ręki kluczyki, które ona chowa do czerwonej kopertówki, pasujacej do jej czerwonej, obcisłej sukienki bez ramiączek.
Sarah jak zwykle od razu kieruje się w stronę baru, ja natomiast rozglądam się w poszukiwaniu blondyna z wczoraj.
Nie wiedząc gdzie mogę go znaleźć wpadam na genialny pomysł - niech to on znajdzie mnie. Zauważam w sali podwyższenie z rurą do pole dance'u i od razu wiem, co zrobię, jeśli to nie pomoże to mówi się trudno, jak nie on to ktoś inny.
Stojąc pod podestem wołam do tancerki przy rurze:
- Hej, shawty, potrzebujesz tam towarzystwa? - uśmiecham sie zachęcająco. Dziewczyna mierzy mnie wzrokiem i potwierdzająco kiwa głową.
Wyciaga do mnie rękę i po chwili obie kręcimy tyłkami, tańczymy przy rurze w wyzywający sposób i całujemy się. Faceci wokół zaczynają gwizdać widząc nasze publiczne pocałunki czym zwracamy na siebie uwagę. I bardzo dobrze, taki jest plan. Nagle czyjaś dłoń łapie mnie za kostkę.
Odwracam się i widzę uśmiechającego się do mnie blondyna z wczoraj. Zadowolona, iż mój plan się powiódł, zeskakuję do niego.
- Miałaś szukać Nialla. - upomina mnie, ale wiem, że to tylko takie przekomarzanie się.
- Zapomniałam. - wzruszam ramionami. On chwile lustruje mnie wzrokiem po czym odpowiada.
- Nie wierzę ci. Tylko chciałaś się popisać, Cloe. - nic na to nie odpowiadam. Biorę go za rękę i ruszamy w stronę parkietu.
Zaczynamy tańczyć, przez co mam na myśli, że ocieramy się o siebie i namiętnie całujemy. Naprawdę nie mam problemów z całowaniem nieznajomych mi osób.
Opieram ręce na jego muskularnej piersi i wdycham zapach jego piżmowej wody kolońskiej i słodkiej krwi. Staję się taka spragniona. W zapomnieniu zaczynam całować jego szyję, gdy nasze krocza ocierają się o siebie. Czuję jaki jest twardy i jak jego język wędruje po skórze mojej szyi.
- Może chodźmy... - szepcze mi do ucha niesamowicie seksownie niskim głosem.
- Tak... - szepczę w jego skórę.
Opuszczamy lokal kiedy Niall pyta:
- Gdzie masz zaparkowane auto?
- Nie mam auta. - odpowiadam z uśmiechem.
- Czyli mieszkasz niedaleko? To chodźmy. - zaczynam chichotać.
- Mieszkam bardzo daleko. Idziemy do ciebie, głuptasie. - nie przestaję się uśmiachać nawet gdy jego twarz pochmurnieje i zaczyna wyglądać naprawdę groźnie.
- Czegoś tu nierozumiesz, kochanie. Możesz być łamaczką męskich serc, okej, ale nie wpuszczam lasek do domu, rozumiesz? Możesz uważać, że to ty zaliczasz, ale uwierz mi, że to działa w obie strony. Albo idziemy do ciebie, albo szukam sobie innej laski na ten wieczór. - jest bardzo, ale to bardzo poważny. Praktycznie zabija cały nastrój swoją powagą.
Nie pozostawia mi wyboru. Nawiązuję z nim kontakt wzrokowy i mówię mu:
- Idziemy do ciebie, Niall. - moje oczy roświetlają się błękitnym błyskiem, a on ulega mojej perswazji.
W ciszy wsiadamy do jego czarnego, sportowego samochodu i docieramy do jego nadmorskiego apartamentu. Wysiadając zauważam, że marszczy brwi i zaciska usta.
- O co chodzi? - pytam go jak najmilszym tonem.
- Nieważne, po prostu... dziwnie się czuję i przestaję rozumieć samego siebie. - mówi bardziej do siebie niż do mnie. Wzruszam więc tylko ramionami i pozwalam by prowadził mnie do środka trzymając swoją dłoń na moim pośladku.
Czuję jak jego nastrój się poprawia, gdy tylko mnie dotyka, a krew osoby szczęśliwej to dobra krew, więc pozwolę mu na wszystko. Bo, jasna cholera, on pachnie tak kurewsko dobrze, że cudem się powstrzymuję przed rzuceniem na niego tu i teraz.
Wchodząc do jego domu mogę w półmroku dostrzec, że wszystko jest minimalistyczne i ciemne. Niestety nie mogę się niczemu dokładnie przyjrzeć bo szybko prowadzi mnie do sypialni i ściąga ze mnie sukienkę.
- A to ci niespodzianka. - mówi z uśmiechem i pogwizduje, widząc, że nie mam pod sukienką dosłownie nic.
Nie komentuję tego tylko szybko zsuwam szpilki i zabieram się za rozpinanie jego spodni, podczas gdy on zrzuca swoją czarną koszulkę.
Momentalnie przechodzimy do sedna sprawy i zaczynamy się całować. Nie mogę się oprzeć, bo cały pokój wypełnia zapach jego aromatycznej krwi, i po kilkusekundowym pocałunku zaczynam ssać jego szyję, a on robi to samo.
Kiedy kładzie nas na łóżku przez chwilę czuję zapach płynu do płukania pościeli, ale szybko porzucam tę myśl i skupiam na pozostałych bodźcach.
Zapach jego krwi odurza jak najlepsze wino, w dodatku jest niesamowitym afrodyzjakiem, bo pierwszy raz od bardzo dawna naprawdę czuję, że chcę się kochać.
Czuję jak jego dłonie bezmyślnie błądzą po moich biodrach, pośladkach, brzuchu i udach. Mam wrażenie, że on szaleje tak samo jak ja, choć nie wiem czemu. Chcę, żeby skończył gierki i przeszedł do sedna. Jęczę, kiedy jego palec natrafia na moją kobiecość,prosząc o więcej.
Jego krew staje się coraz gorętsza i pachnie coraz intensywniej, nie mogę wytrzymać, czuję się jakby urwał mi się film, jakbym była na jakimś haju.
Nigdy jeszcze tak się nie czułam. Zatracam się w tym, na przemian otacza mnie ciemność, chwilę później powracam do świata. Czuję go w sobie, na sobie, obok mnie, pode mną. Sceny zmieniają się jak w kalejdoskopie, a ja czuję się tak dobrze. Jestem ustami przy jego tętnicy szyjnej, wiem, że powinnam jeszcze zaczekać, ale ona pulsuje pod moimi wargami, jakby prosząc by uwolnić uwięzioną w niej krew.
Liżę ją i spełniam jej życzenie, spijam krew, gorącą ambrozję i czuję się jakbym wypiła dobrą wódkę. Czuję, że robi mi malinkę, lekko mnie gryzie, ale jest mi tak niewiarygodnie dobrze. Czuję jak odpływają ze mnie wszystkie siły zaraz po tym jak wspólnie dochodzimy. Chcę się podnieść, ubrać i wyjść, ale nie mam siły nawet kiwnąć palcem.
Powieki ciążą mi coraz bardziej, aż zasypiam.
Budzę się w środku nocy i naprawdę nie mam ochoty się stąd ruszać, ale wiem, że powinnam. W końcu zawsze tak robię.
Próbuję cicho unieść kołdrę, która mnie okrywa, i wyjść z łóżka, ale jego silne ramię przytrzymuje mnie w talii.
- Nie będzie żadnego wymykania się po nocy, jakbyś zaliczyła kolejnego studenta.
- Och... - odpowiadam. Czyli mam rozumieć, że chce żebym wyszła stąd w środku nocy jak podrzędna dziwka? Dupek. - W takim razie zamów mi taksówkę. - tłamszę w sobie gniew i polecam mu szorstkim tonem. W odpowiedzi słyszę niski chichot, Niall obejmuje mnie ciaśniej.
- Nie zamierzam wyrzucić cię stąd jak kurwy. Zostajesz do rana, wyjdziemy jak równy z równym, okej? - pyta wtulając twarz między moimi łopatkami, przytulając mnie na łyżeczki.
- Okej - odpieram niepewnie.
- Pachniesz tak dobrze. - wzdycha w moją skórę.
- Ty też. - odpowiadam i odwracam się w jego ramionach twarzą do niego. Spoglądam na jego ręce oplatające mnie i marszczę lekko brwi. - Nie przywykłam do przytulania.
- Mam zabrać ręce? - pyta.
- Nie, to fajne. - chichoczę jak idiotka. Błagam, od kiedy ja chichoczę? Ale kto by nie zachowywał się w ten sposób, gdy powietrze pachnie lepiej niż ocean?
Leżymy tak chwilę i żadne z nas nie zamyka oczu.
- Nie możesz spać? - pyta w końcu.
- Nie sypiam dużo. - wzruszam ramionami. To fakt. Syreny nie potrzebują zbyt wiele snu.
- To tak jak ja. - uśmiecha się do mnie i spogląda na zegarek. Jest trzecia nad ranem. - Chodź mam pomysł. - blondyn wypuszcza mnie z objęć i wstaje.
Ruszam za nim i wchodzę do przestronnej kuchni połączonej z salonem, po czym siadam na barowym stołku, gdy Niall sięga do lodówki.
Wyciąga stamtąd blachę z lazzagne'ą i wkłada ją do piekarnika. Gdy danie jest rozgrzane kładzie na dwóch talerzach po kawałku i siada obok mnie, wręczając mi jedną porcję.
- Dzięki. - mówię krótko. Chwilę jemy w przyjemnej ciszy, po czym nie mogę się powstrzymać i mówię:
- Masz bardzo fajne dziary. - komplementuję go. Facet od razu spogląda na swoje lewe przedramię, na którym przedstawiony jest kolorowy smok.
- Dzięki, wszystkie są mojego projektu. - chwali się.
- Serio, jesteś tatuażystą?! - nie ukrywam, że jestem pod wrażeniem. Sama też mam tatuaże.
- Tak, między innymi. Obecnie pracuję w studiu na Main Street. A ty pracujesz, studiujesz, czy co tam robisz między imprezami?
- Pracuję w kawiarni "The sweetest". - informuję go. Nie umyka mi fakt, że chłopak momentalnie sztywnieje i spogląda na mnie ze zmarszczonymi brwiami. Kończymy jedzenie w milczeniu, po czym Niall proponuje, że podrzuci mnie do domu, a ja się zgadzam.
Ponownie ląduję na skórzanym, przednim siedzeniu w czarnym sportowym samochodzie blondyna. Podróż spędzamy w ciszy, która jest, moim zdaniem, bardzo komfortowa.
Każę się wysadzić kilka przecznic od domu, bo nie chcę, by wiedział gdzie mieszkam.
Kiedy tylko jestem w domu od razu wpadam pod prysznic, nawet nie trudząc się by spojrzeć w lustro, i idę spać.
Rano budzi mnie słońce, którego promienie napastują moje oczy. Zwlekam się na dół w sukienko - spodniach w błękitne kwiatki i po pochłonięciu owsianki udaję sie do łazienki, by ogarnąć moje skołtunione loki.
Niestety walka z nimi okazała się gehenną, więc poddałam się i związałam ja w luźnego, wysokiego koczka. Chciałam już wychodzić do pracu, gdy powstrzymały mnie słowa Sarah, która, nawet nie wiem kiedy, się obudzila.
- Spędziłaś noc z trytonem?! - pyta mnie siostra.
- Co?! Oczywiście, że nie. - oponuję zaskoczona jej pytaniem.
- Twoja szyja mówi co innego. - spoglądam w lustro wiszące w korytarzu i dostrzegam na moim karku dwa strupy.
- O kurwa! - szepczę do siebie. Jestem wściekła.
Istnieje niepisana zasada, że syreny i trytony nie wykorzystują siebie nawzajem. Chociaż w sumie koleś mnie nie znał, więc nie mógł wiedzieć. Ale zadziałała na niego perswazja, która przecież nie działa na takich jak ja.
Porzyczam kluczyki od czerwonego kabrioleta przyjaciółki i pędzę prosto na Main Street. Znajduję salon tatuażu " Bloody Tatoos" i mam przeczucie, że to właściwe miejsce. Wysiadam z auta i tupiąc pantofelkami na koturnie wchodzę do salonu.
- Przyszłam do Nialla. - informuję faceta za ladą przy wejściu.
- Umowiona? - pyta mnie.
Uśmiecham się słodko i mówię.
- Jestem jego znajomą, napewno znajdzie dla mnie sekundkę.
- Nie ma go teraz. - słyszę od faceta w tatuażach. Lustruję go wzrokiem i mam przeczucie, że kłamie. Nie lubię tego robić. Zsuwam okulary przeciw słoneczne na nos i powtarzam mężczyźnie:
- Zaprowadź mnie do Nialla. - wyraz jego twarzy od razu się zmienia.
- Wyszedł po papierosy do sklepu obok, zaraz wróci. - nie mam ochoty na niego bezczynnie czekać. Jestem taka wkurzona, że nie dam radu usiedzieć w jendym miejscu, więc wychodze przed salon.
- Cloe! - słyszę za plecami, więc odwracam się by zobaczyć rozjuszonego blondyna.
- Niall!
- Musimy pogadać!
- Musimy pogadać! - krzyczymy do siebie jednoczęśnie. Niall chyba zauważył moje ślady, bo widzę jak pulsują mu żyły na szyi.
- Zaplecze. - syczy przez zęby i wchodzi do "Bloody tattoos", a ja ruszam za nim.
Kiedy jesteśmy już w małym pomieszczeniu z tuszami i igłami patrzymy sobie z furią w oczy i nagle odzywamy się jednocześnie:
- Jesteś trytonem?!
- Jesteś wampirzycą?!
Że co proszę?
- Co?!
- Co?! - znowu odzywamy się do siebie jednocześnie.
Po chwili ciszy, kiedy minął pierwszy szok odzywam się.
- Nie bądź śmieszny, Niall, wampiry nie istnieją. - mówię z nadzieją w głosie.
- Cloe, syreny są tylko w bajkach i legendach, prawda? - pyta, a ja ciężko przełykam ślinę. W mojej głowie kołacze tylko jedna myśl: O kurwa.
niedziela, 28 września 2014
niedziela, 21 września 2014
Prolog
Uwierzylibyście mi, gdybym Wam powiedziała, że syreny istnieją? Oczywiście, że nie. Też bym w to nie wierzyła, gdyby nie to, że jedna z nich mnie wychowała, a druga prowadzi samochód, którym właśnie jedziemy. I to, że jestem jedną z nich.
Sarah prowadzi kabriolet dosyć ostro, ale życie na krawędzi to dla niej codzienność. Jej blond włosy z czerownymi pasemkami, usta wymalowane czerwoną szminką i wiele tatuaży mówią o niej co nieco, już na pierwszy rzut oka.
Kierujemy się do "Malibu" - naszego ulubionego klubu. I pomimo tego, iż jeszcze nie jesteśmy na imprezie to już czujemy się tak, jakbyśmy były w sercu zabawy. Bity jakiejś popowej piosenki roztaczają się dookoła nas, a nasze dzikie ruchy głów, rąk, i głośne śpiewanie, naprzemienne z salwami śmiechu, zwracają na nas uwagę. Ludzie gapią się, pokazują nas palcami i gwiżdżą na nas, ale mimo to, nie jest to niczym niezwykłym, bo, halo, jesteśmy w LA.
Mijamy jeszcze kilka przecznic, wciąż w tym samym stylu. Parkujemy w zaułku dwie ulice od klubu, wysiadamy i wykonujemy ostatnie poprawki naszego image. Krótka czarna spódniczka, wygodne sandalki na koturnie i połyskliwy, zielony croptop wyglądają na mnie bardzo dobrze. Sarah w swojej czerwonej mini wygląda równie obłędnie.
Lustrujemy się nawzajem wzrokiem i wysyłamy sobie porozumiewawcze uśmieszki. Znamy się od dzieciństwa i jesteśmy siostrami. Oczywiście nie biologicznymi, ale i tak wszytskim to wmawiamy, bo jesteśmy cholernie podobne.
Po kilku chwilach marszu widzimy znajome światła klubu, a jeszcze jedną chwilę później, znajomy nam bramkarz, przepuszcza nas bez kolejki. Można powiedzieć, że jesteśmy tu stałymi bywalczyniami.
Dziś, jak co wieczór, polujemy na facetów. Zaczynamy, tak jak zawsze, siadając na barowym stołku i zamawiając jakiś drink.
Od dawna z Sarah we wszystkim rywalizujemy - kto szybciej się wystroi, kto lepiej pomaluje paznokcie, kto więcej wyda na zakupach, czy też jak teraz, która szybciej uwiedzie faceta.
Najłatwiej byłoby zająć się zielonym jeszcze barmanem, ale obie go już zaliczyłyśmy.
Chcę już zamawiać to, co zawsze, gdy Sarah powstrzymuje mnie krótkim machnięciem ręki i przebiegłym spojrzeniem. Doskonale wiem, co zamierza zrobić, więc przewracam oczami, dając jej znać, że mi się to nie podoba. Ona oczywiście ma to w nosie i jest już zajęta urabianiem chłopca za barem.
Przyglądam się jej wysiłkom. Widzę jak się uśmiecha, obciąga w dół bluzkę ukazując więcej dekoltu, jak się pręży przy ladzie i jak powoli się irytuje, gdy chłopak niezręcznie udaje, że nie wie co moja siostra ma na myśli. Moglibyście sobie pomyśleć, że nie dostaniemy darmowych drinków, ale przecież jesteśmy syrenami.
Gdy irytacja blondynki z czerwonymi pasemkami sięga zenitu, dziewczyna odgarnia włosy za ucho i przestaje się uśmiechać. Jej niebiesko - zielone oczy lekko lśnią na złoto, ale trzeba wiedzieć, czego się szuka, by to dostrzec. Każdy człowiek, który to zauważa, zawsze myśli, że to blask słońca, refleks światła czy cokolwiek innego.
- Dwa razy daiquiri na koszt firmy. - mówi Sarah, a chłopak od razu zabiera się do przygotowania napojów.
Nie przepadam za używaniem perswazji, ale Sarah nie ma z tym żadnych problemów. Po chwili obie sączymy słodzony rum i szukamy w tłumie nowych ofiar.
Z pewnością każdy z was słyszał opowieści o syrenach wabiących rybaków śpiewem i jedzących ludzkie mięso, i dobrze słyszeliście. Chociaż w XXI wieku dość ciężko jest zjadać ludzi, więc zadowalamy się ludzką krwią, niemalże jak wampiry. Choć oczywiście wampiry nie istnieją.
W dodatku nasz śpiew i uwodzicielskie spojrzenie wystarczą, by dostać to czego tylko sobie zapragniemy, ale mimo to dobry flirt nigdy nie przestanie być fascynujący.
Sarah pierwsza znalajduje sobie przekąskę i po chwili idzie przez tłum na drugi koniec sali, gdzie ciemnoskóry kark pożera ją wzrokiem. Biedny facet nie zdaje sobie sprawy, że zaraz to on zostanie pożarty.
Zaczynam się irytować, gdy po dłuższym czasie i dwóch screwdriverach nikt nie przykuwa mojej uwagi. Na szczęście tym razem to ja przykułam czyjąś uwagę.
Tlenione włosy, brązowe oczy i złamany nos nie są tym czego szukam u faceta, ale darowanemu koniowi nie patrzy się w zęby. Uśmiecham się do niego zalotnie.
Chłopak odpowiada mi uśmiechem i zamawia dla mnie cuba libre, a sobie stawia setkę. Ciągnie jakąś gadkę - szmatkę, szybko orientuję się, że trafiłam na kolejnego casanovę z przerostem ego.
Okej, niech sobie myśli, że to on mnie zaliczył, ale zdziwi się, gdy sprawię, że rano nie będzie mógł wstać.
Gdy jego monolog zaczyna mnie naprawdę nudzić kładę rękę na jego nodzę i szepczę mu na ucho, że jestem zmęczona. Facet szybko łapie aluzję i idziemy do niego.
Staram się zapamiętać drogę, by móc potem ewentualnie wrócić do klubu. Facet mieszka jak typowy student, więc w jego mieszkaniu już jest jakaś para. Gdy tylko przekraczamy próg jego ręce lądują na moim tyłku i zaczynamy się całować. Jest bardzo zdesperowany, jego ruchy są szybkie i gwałtowne. Lądujemy na trzeszczącym materacu, który śmierdzi. Za to jego rozgrzana krew pachnie cudownie. Koleś szybko przechodzi do rzeczy, zakłada gumkę i po chwili jest już we mnie. Czuję jak bardzo jest podniecony, i wiem, że szybko dojdzie. Zaczynam ssać jego szyję i czuję pod skóra pulsującą tętnicę. Słyszę drugą parę, wiem, że jakaś inna dziewczyna właśnie dochodzi, ale nie interesuje mnie to. Kiedy mój posiłek jest zajęty swoim penisem i moją cipką, ja zajmuję sie jego szyją. Rano zostanie tylko malinka, ale teraz mój język staje się ostry, liżę jego skórę i rozcinam ją po czym łapczywie spijam krew. Mężczyzna na mnie przeżywa orgazm i w ogóle nie czuje bólu, jedynie pieszczoty. Gdy jestem syta składam intensywny pocałunek na ranie, którą zrobiłam, a ta natychmiast się goi, pozostawiając po sobie jedynie siniak.
Facet, jeszcze przed zaśniecięm, namawia mnie na wspólne śniadanie, a ja się zgadzam.
Tak naprawę wiem, że chciałby kontynuować tą znajomość, ale ja nie mam na to najmniejszej ochoty. Czekam aż zaśnie po czym wyślizguję się z jego objęć i ubieram po ciemku. Najciszej jak mogę, a jestem w tym mistrzem, skradam się do drzwi i wychodzę.
Ku mojemu zaskoczeniu na klatce schodowej wpadam na nieznajomego blondyna, który zakłada buty.
- Kurwa! - krzyczę szeptem przygniatając go do ziemi.
- Wstań ze mnie i nie krzycz! - odpowiada mi szeptem. Domyślam się, że robi to samo co ja, czyli ucieka zanim zostanie usidlony.
Szybko wstaję, poprawiam mini i otrzepuję się z brudu podłogi. Kiedy blondyn wstaje zauważam, że jest o ponad głowę wyższy ode mnie, a jego muskularne ramiona są gęsto wytatuowane.
- Przepraszam. - szepczę. Widzę, jak lustruje mnie wzrokiem.
- Nie ma sprawy. Nie mam nic przeciwko, by takie ślicznotki jak ty nade mną górowały. - puszcza mi zalotne oczko. Być może ludzkie dziewczyny zarumieniłyby się na taki tekst, ale nie ja, syrena. Uśmiecham się do niego zalotnie.
- Skoro tak to zabawmy się jutro. - uśmiecham się przygryzając wargę. Widzę, że podoba mu się, iż od razu przechodzę do rzeczy.
- Okej, znasz "Bloody Rose"? - pyta wkładając do ust papierosa.
- Jasne, kto nie zna? - numer dwa na mojej i Sarah liście ulubionych klubów.
- To dobrze - facet zbliża swoją twarz do mojej i wydmuchuje mi dym prosto w twarz. Nie przeszkadza mi to ani trochę, bo sama jestem palaczką. - Jutro szukaj Nialla. - mówi.
- Szukaj Cloe. - radzę mu.
Po wyjściu z kamienicy nie mogę się zdecydować czy wrócić do "Malibu" czy do domu, ale widok oceanu zbawia mnie od tegoż wyboru.
Spacerowym tempem docieram na plażę, idąc wzdłuż brzegu docieram do osłoniętej skałami zatoczki. Jest środek nocy i nie ma tu nikogo prócz mnie, więc bez obaw zrzucam z siebie wszystkie ubrania. Wchodzę po pas do wody i pozwalam chłodnej wodzie obmyć moje ciało, zamykam oczy i całkowicie się relaksuję.
Zanurzam się po szyję i rozluźniam, puszczam wodze kontroli i pozwalam ukazać się mojej prawdziwej postaci. Czuję, że nie mam już nóg, tylko rybi ogon, pokryty łuskami.
W takich chwilach tęsknię za czasami, o których opowiadała mi matka, gdy syreny żyły na bezludnych wyspach i śpiewały rybakom, by potem ich pożerać i okradać ich statki. Te czasy miały w sobie magię i wolność, teraz jakby usychamy.
Odpływam tak daleko od brzegu jak tylko się odważę. Czuję jak wzywają mnie głębiny, przez chwilę nawet zdaje mi się, że słyszę podwodny śpiew trytonów. Wiem jednak, że muszę wrócić do Los Angeles. Życie w morzach nie jest już dłużej bezpieczne.
Kiedy jestem pewna, że nikt mnie nie usłyszy, wynurzam głowę ponad falami i śpiewam do księżyca w pełni.
Śpiewam o pięknych i zabójczych syrenach i zbyt ufnym marynarzu, który poślubił córkę boga mórz.
_______________________________________________________
Mam nadzieję, że wyszło zachęcająco : )
* cuba libre, screwdriver i daiquiri to nazwy drinków.
Subskrybuj:
Posty (Atom)